Czas dyskusji - gdy każde słowo jest ważne

Image_35

Boga Wszystkie drogi prowadzą do Boga

Poszukiwanie Boga, poszukiwanie sensu życia czy tworzenie swoich własnych teorii religijnych wymaga czasami dużego wysiłku i rezygnacji z dotychczasowych poglądów. Ale pomimo tych trudności polecam każdemu zdobycie się na odważne odnowienie swojego życia duchowego. Nie radzę jednak rozpoczęcia tej drogi od negatywnej krytyki istniejących osiągnięć innych ludzi w tej dziedzinie. Jeszcze bardziej nie polecam krytyki znanych teorii religijnych czy istniejących ideologii głoszonych przez poszczególne wyznania religijne i kościoły.

 

Żeby zabierać głos w jakieś sprawie trzeba mieć już w sobie swoisty fundament duchowy, rodzaj bazy, w oparciu o którą można oceniać napotkane problemy. W rozważaniach na mojej stronie internetowej i w książce staram się pomóc zbudować każdemu taki wewnętrzny fundament niezbędny do dalszego samodzielnego budowania swoich najważniejszych poglądów życiowych. Daje to potem możliwość aktywniejszej obecności w życiu duchowym naszego otoczenia. Poniżej wyjaśnię przykładowo moje intencje w tych sprawach.

 

Kiedy mechanik samochodowy zabiera się do naprawy zepsutego pojazdu musi mieć sporą wiedzę, to znaczy znajomość praw mechaniki ogólnej, znajomość konstrukcji i prawidłowego funkcjonowania mechanizmów danego samochodu oraz wystarczające doświadczenie związane z naprawą typowych uszkodzeń mechanizmów w samochodach.

Podobne reguły obowiązują lekarza, który przystępuje do leczenia chorego pacjenta. Taki lekarz musi mieć ogólną wiedzę medyczną na odpowiednim poziomie, musi znać wystarczająco ludzki organizm w jego prawidłowym funkcjonowaniu oraz mieć pewne doświadczenie przy leczeniu różnych spotykanych ludzkich schorzeń.

 

Jeśli chce się analizować bogate doświadczenia ludzkości w dziedzinach, które dotyczą istnienia Boga, sensu życia czy rożnych poglądów religijnych, to warto wziąć przykład z dobrego mechanika samochodowego lub dobrego lekarza.

Nie ma wątpliwości, że nasz świat jest w dużym stopniu chory i poważnie zepsuty moralnie, tak jak chory może być człowiek, czy tak jak zepsuty bywa stary samochód.

 

Przystępując do naprawy czy odnowy naszego życia duchowego lub do pozytywnego wpływania na nasze otoczenie, warto mieć w sobie podstawowy fundament w postaci wiedzy o tym, jak powinien wyglądać idealny świat dla ludzkości. Na przykład musi się wiedzieć, co się kryje pod pojęciem teoretycznego Królestwa Niebieskiego. Powinno też mieć się wiedzę o mechanizmach zła drążącego ludzkość, a także przydałoby się praktyczne doświadczenie, jakie jest na przykład udziałem bezinteresownego działacza społecznego.

Osobiście polecałbym najbardziej gorliwym zdobycie doświadczenia wolontariusza, a nawet świeckiego misjonarza, w jakiejś organizacji społecznej lub religijnej.

 

Ja w swojej aktywności w Internecie spotykam się najczęściej z bezładną krytyką ze strony osób niemających niczego do zaoferowania poza niechęcią do człowieka o innych poglądach. Nie mówię tu o tak zwanych hejterach internetowych, bo z nimi nie ma żadnej dyskusji. Mówię o przygodnych gościach na mojej stronie internetowej, którzy w jakiś dziwny sposób boją się choć trochę otworzyć swoje serce. Mówię też o zagorzałych zwolennikach jakiegoś wyznania religijnego, którzy z samej zasady odrzucają wszystko, co nie zgadza się z ich dotychczasowymi poglądami. Wreszcie mówię o tych, którzy głoszą wielkie i wzniosłe hasła, których treści tak naprawdę nie rozumieją.

 

Jeżeli w życiu spotkacie takich ludzi, to nie starajcie się ich przekonywać, bo to nic wam nie da i niczego nowego się nie nauczycie, a tylko narazicie swoje nerwy na nieprzyjemne przeżycia.

Tak jak warto dyskutować z doświadczonym lekarzem czy dobrym mechanikiem samochodowym, tak i warto dyskutować z osobą, która naprawdę ma coś pozytywnego do powiedzenia i która sama z siebie chce was słuchać. Powinno się oczywiście przystąpić do jakiejkolwiek dyskusji mając już zbudowany wstępny fundament wiary i minimalną bazę wiedzy, którą potem można uzupełniać. Chodzi o to, aby nie dać się ogłupić i zwieść pustymi sloganami i aby być stale nastawionym analitycznie do usłyszanych wypowiedzi.

 

Ogólnie, należy każdą nową teorię, swoją i obcą, dobrze sprawdzić, dlatego proponuję każdemu zbudowanie osobistej „bazy religijnej”, w czym w miarę swoich możliwości służę pomocą na mojej stronie internetowej.

 

Wielokrotnie w tym opracowaniu sugerowałem ludziom, aby próbowali odnaleźć swój sposób poznania Boga. Najlepiej, żeby własna droga do tego celu mogła być oparta na niezależnym, intelektualnym myśleniu. Także na głębokim pragnieniu poznania tego Kogoś, kto powinien gdzieś tam istnieć i którego poszukiwali przed nami niezliczeni odkrywcy.

Może właśnie teraz przyszła kolej na nas?

Czy dobrze jest zdecydować się na poszukiwania powszechnej prawdy o Bogu, człowieku i wszechświecie? Oczywiście, że tak! Nikt nas bowiem nie powinien wyręczać w tym najważniejszym życiowym zadaniu, choć trudno się do niego zabrać. Jednak jeszcze raz sugeruję, aby w pierwszej kolejności podjąć się wypracowania własnej, niezależnej koncepcji Boga, a dopiero potem przystąpić do porównywania jej z innymi.

 

Wielokrotnie w tym tekście pokazywałem, jak ja starałem się to robić i co z tego wyszło. Na pewno będę dalej starał się wykazywać, do czego można dojść, jeśli naprawdę bardzo się czegoś pragnie.

 

Dlatego poniżej przedstawię kolejny odcinek moich spostrzeżeń i doświadczeń.

 

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytania dotyczące ludzkiej egzystencji wielokrotnie przemyśliwałem różne idee towarzyszące stale człowiekowi.

Starałem się też zgadnąć, które wartości są najważniejsze. Czy są to marzenia o szczęściu, czy chęć przeżywania prawdziwej miłości, czy strach przed śmiercią, czy jeszcze coś innego? Zauważyłem też, że przez całe moje życie towarzyszyły mi też pewne znaki, które mogę opisać jako dobre rady życiowe, jak coś na kształt pomysłów na życie. Czasami czułem nawet działanie jakiejś nadnaturalnej siły kierującej mnie w dobrym kierunku. Od razu zastrzegam się, że nie odczuwam tego jako specjalnej Bożej opatrzności, która czuwałaby nade mną, czy jakiegoś nadprzyrodzonego daru. Odczuwam to raczej jako wiszącą nade mną pewną konieczność, z którą nie zawsze się zgadzałem, którą nie zawsze rozumiałem, ale którą jakoś przyjmowałem, by w końcu zrozumieć, że tak właściwie powinno być od zawsze.

Wątpię, czy to Bóg tak się mną zajmował przy pomocy swoich aniołów, ale jest to możliwe. Ponieważ Bóg stworzył ten świat, wprowadzając do niego Swoją Wolę, Swoje Prawa i Zasady oraz Miłość, to może jakaś część tego spadła też i na mnie.

 

Chcę to jednak przeanalizować bardziej „filozoficznie” i zrozumieć, co właściwie odczuwam teraz po przeżyciu ponad sześćdziesięciu lat życia. Mogę oczywiście przypuszczać, że jest to swoiste ucieleśnienie się wobec mnie Jego Słowa (pisanego przez duże „S”), ale chcę to sprawdzić.

 

Na temat Słowa od Boga napisano już tysiące prac doktorskich i jeszcze więcej mądrych książek. Nie będę z nimi konkurował, a tylko podam moje odczucie znaczenia pojęcia Słowa. Dla mnie Słowo jest jakby strumieniem Jego Woli, Porządku Prawnego i Miłości płynącym do każdego człowieka, czyli i do mnie też. Tak bowiem wyobrażam sobie Ojcostwo Boga. A więc i w moim przypadku Słowo może stać się ciałem. Niestety nie do końca, bo wciąż jestem tym „niedokończonym”. Jestem zresztą przekonamy, że we wszystkich innych „przypadkach”, czyli w przypadku wszystkich innych ludzi, też trwa stan „niedokończenia”.

Moim zdaniem jest tylko jeden wyjątek. Jest nim Jezus Chrystus, bo w Jego przypadku naprawdę Słowo Stało się Ciałem.

 

Piszę to wszystko, bo wreszcie zrozumiałem, że pochodzę od zdefiniowanego powyżej Słowa, które powinno kiedyś stać się ciałem, czyli mną. Czekam, aż kiedyś to dotknie wszystkich innych ludzi. To będzie właśnie Królestwo Niebieskie.

 

Zaznaczyłem powyżej, że „częścią” tego Słowa jest Miłość. I tu muszę przyznać, że wielu ludzi odczuwa ją najmocniej i to dużo bardziej niż Wolę i Prawa Ojca Niebieskiego. Ja też muszę przyznać, że najsilniej wpłynęło na mnie odczucie miłości Bożej. Dlatego to doświadczenie mogę z czystym sercem przekazywać innym ludziom, a szczególnie najbliższej rodzinie.

 

Chętnie zadałbym każdemu pytanie dotyczące tych zwykłych codziennych uczuć: Jak to jest z naszą wiara i miłością?

Pamiętacie, jak to było z wami?

 

Pewnie prawie każdy pamięta, że najpierw trzeba kogoś poznać, potem ewentualnie go zaakceptować, jeszcze potem ewentualnie go pokochać, a dopiero na końcu mu zaufać, czyli uwierzyć w niego.

 

Często się zastanawiałem, czy można w kogoś wierzyć i nie kochać go. Odpowiedź była zawsze ta sama. Oczywiście, że można w kogoś wierzyć a równocześnie go nie kochać. Nie chciałbym jednak, aby tak było w przypadku Boga.

A jak jest odwrotnie? Czy można kogoś pokochać, a nie uwierzyć w niego? Niestety w naszym świecie wszystko jest możliwe, każda perwersja i każda kombinacja. Ale patrząc na problem uczciwie, trzeba stwierdzić, że miłość pociąga za sobą bezgraniczne zaufanie, czyli wiarę, bo inaczej nie zasługuje na miano prawdziwej miłości. I tak chciałbym, żeby było w przypadku Boga.

 

Jeżeli ktoś czytał uważnie moje teksty zamieszczone na tej stronie internetowej lub w mojej książce, to zauważył, ze właściwie nigdy nie nakłaniam „na siłę” do wiary w Boga. Raczej mówiłem o swojej miłości do Boga i prosiłem, aby spróbować Go pokochać, tak jak ja, zaznaczając równocześnie, że miłości trzeba się uczyć. Zaczynałem zazwyczaj od zaprezentowania Boga w jak najprostszy sposób, używając przede wszystkim logicznego rozumowania. Uzmysłowienie sobie możliwości Jego istnienia, czy choćby zaczęcie o mówienia o Nim, to pierwszy krok do Jego pokochania.

 

Przypomnijcie sobie, jak poznaliście ukochaną sobie osobę. W większości przypadków najpierw ją zobaczyliście i spodobała się wam. Potem jakoś zaakceptowaliście kolejne spotkania i widzenia, aż wreszcie zaczynała się miłość, bo „coś zaiskrzyło”. Wiara i zaufanie pojawiły się dopiero w następnym okresie.

Czy tak może być przy naszym spotkaniu z Bogiem? Na pewno, tak! Czy miłość od Boga jest nam do czegoś potrzebna? Na pewno, tak! Zresztą im więcej miłości w naszym życiu tym lepiej, tym więcej szczęścia odczuwamy na co dzień. Każda miłość się przyda, a więc szkoda lekceważyć jakąkolwiek miłość, a szczególnie miłość płynącą z miejsca jej powstania, czyli od Stwórcy.

 

Przy okazji wrócę jeszcze do tematu, który poruszyłem wcześniej, czyli do znaczenia miłości „pionowej”, miłości od Boga. Miłość między ludźmi, między kobietą i mężczyzną, czyli miłość „pozioma”, często wygasa, jakby chłodnieje. Potrafi też zniknąć zupełnie. Jest z nią tak, jak w wysychającym strumieniem, który traci swoje źródełko. Miłość „pozioma” może zatem wyschnąć, jeśli straci swoje źródło. Nie tkwi ono w nas. Wielokrotnie wykazywałem, że człowiek, czy to mężczyzna lub kobieta, jest w pierwszym rzędzie istotą „poziomą” i żyje miłością „poziomą”.

Ale jest i głębsze zrozumienie istoty ludzkiej. Jako jedność osoby fizycznej i duchowej oraz jako dziecko Boże, człowiek jest istotą „pionową” i żyje miłością „pionową”. Razem zawsze chodzi o tego samego człowieka, bo te dwie miłości są potrzebne dla naszej wiecznej egzystencji.

 

Dlatego dobrze jest poznać swoje „boskie korzenie”. Na pewno największą trudnością w poznaniu Boga jest fakt, że nie można Go zobaczyć, to znaczy, że nie da się Go poznać za pomocą naszych zmysłów fizycznych. Człowiek to nie zwierzę, bo ma jeszcze zmysły duchowe, które lepiej działają, gdy uciszymy zmysły fizyczne. Dlatego wszystkie moje wysiłki sprowadzają się do tego, aby Boga dostrzec zmysłami duchowymi, czyli tak zwanymi oczyma duszy.

 

Wciąż powtarzam, że człowiek nie jest zwierzęciem. Będę to powtarzał jeszcze tysiąc razy, aby jak najwięcej ludzi to zrozumiało. Takie zrozumienie otwiera drogę do uzmysłowienia sobie, kim naprawdę jest człowiek. I tu widać, że całe dziedzictwo cywilizacji ludzkiej wywodzi się z inteligencji, woli i uczuciowości ludzkiej, czyli duchowości człowieka. Na dodatek wszystkie te osiągnięcia ludzkości są nastawione i ukierunkowane na przyszłość, co sugeruje również wieczność w naszej osobowości. Pozwala to w końcu stwierdzić, że każdy człowiek, jako osoba duchowa, jest wieczny. Daje to człowiekowi pozycję zarządcy wobec wszystkich innych bytów, a nawet w przypadku zsumowania się całości ludzkości jesteśmy jakby „zbiorowym bogiem”.

 

Jeśli jednak zauważymy, że to nie ludzkość stworzyła wszechświat i przyznamy, że to nie my ustalaliśmy prawa i zasady tkwiące w otaczającej nas rzeczywistości, to łatwiej uświadomimy sobie konieczność istnienia Kogoś jeszcze innego poza nami. Ja tę konieczność odkryłem już wiele lat temu. Myślę, że każdy, kto chce poczuć się obywatelem wszechświata, musi się z tym zmierzyć. Wiem, że każdy ma w swoim życiu fizycznym dość dużo tych „musów”, a już na pewno każdy musi umrzeć. Nie radzę jednak traktować tego „musu” jako przymusu, a wręcz odwrotnie, potraktować go jako przejście koniecznego etapu w drodze do wieczności. Zaakceptowanie tej wieczności powoduje odkrycie swoistej solidarności z Bogiem, bo przecież uzmysławiamy sobie, że, tak jak On, jesteśmy wieczni. Mam nadzieję, że w przypadku poszczególnego człowieka taki stan solidarności będzie sprzyjał lepszemu poznaniu się ze Stwórcą. W rezultacie możemy Go łatwiej pokochać, szczególnie kiedy zrozumiemy, że jest to nasz Prawdziwy Ojciec.

 

Tak właśnie można zbudować wiarę w Boga, wiarę w Naszego Ojca. Są jeszcze tacy, którzy mają bardziej otwarte zmysły duchowe i czują, że On jest zawsze z człowiekiem za pośrednictwem Swego Serca i Swoich aniołów. Ja jeszcze dodam, że szczera akceptacja istnienia Boga wpływa bardzo pozytywnie na naszą osobowość, a w szczególności na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. W rozdziale o konfliktach wywołanych przez świat duchowy poruszyłem ten temat szczegółowo.

 

Religie, wyznania, kościoły, ruchy religijne, sekty i inne organizacje o tym charakterze, mają w większości przypadków za swój cel prowadzić ludzi do Boga, przedzierając się przez przeszkody laickiego świata. Czy mają to robić zawsze? Czy poszczególny człowiek nie może sobie sam dać rady w drodze do Boga?

 

Do tych pytań dodam jeszcze jedno zasadnicze pytanie. Czy Bóg, stwarzając świat, przewidział potrzebę istnienia organizacji religijnych? Uważam, ze nie! W świecie planowanym pierwotnie przez Boga religie na pewno nie były przewidziane.

 

Uważam, że religia jest pomocna do ukierunkowywania współczesnego człowieka w stronę Boga. Jednak twierdzę też, że pojedynczy człowiek, jako dziecko Boga, ma szanse samodzielnie dać sobie z tym radę i znaleźć swoją własną drogę do zrozumienia Boga. Oczywiście niech taki „samotny” człowiek przejrzy sobie jak najwięcej koncepcji religijnych stworzonych przez innych ludzi, aby na końcu znaleźć coś, co mu pomoże stworzyć osobistą wizję Boga.

 

Na zakończenie tego tematu jeszcze raz podkreślę, że każdy człowiek jest inny, a to na pewno oznacza jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną więź z Ojcem Niebieskim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ISTOTA -”Dotyk wieczności”