Bóg a nauka

Image_4b

Próbuję opisać Boga: krok 5

 

Dla nauki istnieją trzy istotne problemy do rozwiązania, z którymi boryka się ona od tysięcy lat. Chodzi o problem powstania wszechświata, o zjawisko pojawienia się w nim życia oraz o zaistnienie człowieka w środowisku przyrody. Te trzy zagadnienia wchodzą w zakres omawianego przeze mnie stwórczego dzieła dokonanego przez Byt Pierwoistny. Na temat powstania wszechświata pisałem już poprzednio i dalej będę się tym zajmował w wielu innych rozdziałach. O początku życia najpełniej zabieram głos w rozdziale pt. „Bóg jako Ojciec Niebieski”. Temat początków ludzkości, czyli zaistnienie człowieka we wszechświecie, pojawia się w całym moim opracowaniu.

 

Uważam, że mam prawo do zabierania głosu na te tematy, ponieważ nie stoję po żadnej ze stron, ani po stronie nauki, ani religii. Prędzej można mi zarzucić, że staram się pogodzić racje obu stron. W tym względzie nie będę się spierał, gdyż moim zadaniem jest zbliżyć do siebie obie te dziedziny życia. Z uwagą obserwuję to wszystko, co mnie otacza. Prowadzi mnie to do logicznej i racjonalnej analizy stanu wszechświata, w czym idę ramię w ramię z nauką. Równocześnie pełnię rolę niezależnego religijnego badacza dzieła dokonanego przez Stwórcę.

 

W toczącej się dyskusji między dwiema powyżej omawianymi dziedzinami życia wciąż istnieją negatywne zjawiska dotyczące samej zasady funkcjonowania dialogu. Przede wszystkim jest ona wciąż mało obecna w życiu społecznym. Poszczególne wyznania czy kościoły utożsamiają się z tak zwaną wolą Boga, zakładając w ten sposób, że reprezentują objawioną przez Niego prawdę. To natychmiast zamyka drogę do dalszej dyskusji nie tylko z nauką, ale również z innymi wyznaniami. Takie „reprezentowanie” Boga gwarantuje im trwanie na swoim stanowisku, ale nie prowadzi do rozwiązania żadnych problemów ludzkości, nawet tych, którymi zajmują się one same, na przykład problemu zlikwidowania zła na Ziemi. Tymczasem nauka nie musi czynić takich założeń. Może w otwarty sposób zajmować się wszystkim, co jest w kręgu jej zainteresowań, bez żadnych sztucznych barier. Może również łączyć wysiłki intelektualne całej ludzkości, zatrzymując się tylko przed barierą braku odpowiednich metod i narzędzi badawczych. W odróżnieniu od nauki za tą barierą może jeszcze działać religia, uzupełniając dążenia swojej konkurentki do poznania całej prawdy o wszechświecie. Aby uniknąć konfliktów z religią, nauka powinna jasno dać jej do zrozumienia, że musi mieć w swoich badaniach absolutnie wolną rękę i zażądać, żeby jej nie przeszkadzała oraz nie okopywała się na pozycjach defensywnych w obronie swoich dogmatów. Jeśli Bóg rzeczywiście jest wszechmocny i wystarczająco potężny, to nie potrzeba Go bronić, gdyż tak jak dał sobie radę ze stworzeniem wszechświata, tak i da sobie radę z potwierdzeniem Swojego dzieła. Istnieje ono obiektywnie, a zatem wystarczy, że religia będzie je prezentować, a nauka badać.

 

Z tego wynika, że religia ma jasne pole do działania w dziedzinie badania stwórczego dzieła Boga wszędzie tam, gdzie nauka nie ma dostępu z racji założeń, które sobie postawiła. Dotyczy to przede wszystkim takiego tematu jak pierwsza przyczyna powstania wszechświata w aspekcie przyczynowości i celowości. Jednakże sam mechanizm tego zjawiska może już być polem do wspólnego badania dla obu stron, bez konieczności trwania na swoich dotychczasowych stanowiskach. W kolejnej dyskusji dotyczącej powstania życia religia może śmiało eksponować swój punkt widzenia, gdyż nauka nie rozwiązała dotychczas tego problemu. Stało się bowiem jasne, że główne aspekty tego zagadnienia znalazły się poza jej empirycznymi metodami. Zatem początek życia na Ziemi pozostaje wciąż za niedostępną zasłoną, której istnienie zauważamy też przy badaniu Wielkiego Wybuchu. Obecnie podziwiamy zjawisko dziedziczenia życia i skutki powstania wszechświata, ale nie jesteśmy w stanie zajrzeć za tę niedostępną dla naukowców „kurtynę”. Za to religii wolno głosić, że Stwórca działa spoza tej „kurtyny”, która oddziela czasoprzestrzeń od świata poza czasem i przestrzenią. Zresztą nie stara się ona wcale udowadniać swoich twierdzeń, zamiast tego mówiąc po prostu, że tak jest i koniec. Nauce trudno się z tym pogodzić, ale na razie nie może ona dać żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi w tej sprawie.

 

Największym polem do współdziałania między religią a nauką jest sam człowiek. To on bowiem utworzył te dwie dziedziny życia. Zatem porusza się on swobodnie na obu tych płaszczyznach badawczych. Dlatego żadnej ze stron dyskusji nie wolno traktować z lekceważeniem lub eliminować jej w pracach badawczych. Przecież pojawienie się człowieka w świecie przyrody jest pasjonującym zjawiskiem dla obu punktów widzenia. Trzeba tylko znaleźć dla nich wspólny mianownik. Jest nim w pierwszej kolejności duchowość człowieka, która w przypadku wiary oznacza naszą nieśmiertelną osobowość, a dla nauki jest zjawiskiem funkcjonowania umysłu w formie inteligencji, woli i uczuciowości. Następnym polem do dyskusji jest problem istnienia zła, które od zawsze niszczy osiągnięcia obu omawianych przeze mnie dziedzin. Tu religia może szczególnie podsunąć wiele wypracowanych przez siebie rozwiązań. Tymczasem w przypadku nauki może ona tylko stwierdzić, że zło istnieje, równocześnie przyznając, że nie jest w stanie definitywnie go zlikwidować. Niestety, religia też boryka się z tym problemem, ponosząc często porażki, choć trafnie definiuje metody, w jaki sposób można je usunąć. Zatem tematy dotyczące sensu istnienia ludzkości, celu przemian cywilizacyjnych oraz dążeń do wyeliminowania zła powinny być wspólną osią działania obu tych dziedzin życia.

 

Warto zatem zadać sobie pytanie o ocenę osiągnięć nauki w stosunku do opisywanego stwórczego dzieła Boga. Zacznijmy od krótkiej definicji zależności między Bogiem a nami, używając pojęć z dziedziny fizyki. Mianowicie Bóg to Ojciec, który dla nas z pierwotnej energii, czyli z praenergii, tworzy materię, a człowiek to Jego dziecko, które korzysta z tej materii i często zmienia ją w konkretną energię. Oczywiście człowiek nie jest jedynie konsumentem energii i materii, ale powyższa definicja wyjaśnia jasno rolę Stwórcy wobec ludzi.

 

Zauważmy, że energia i materia należą do tych pojęć, które trudno zdefiniować. Są osobliwościami, które pozwalają się określić tylko w sposób ilościowy. Nie są one w potocznym rozumieniu czymś, co postrzegamy jako ściśle określony byt. Obserwujemy tylko skutki ich istnienia i działania. Traktuję zatem Energię Pierwszej Przyczyny jako prapoczątek, a równocześnie jako tworzywo lub „budulec” wszystkiego, co znajduje się we wszechświecie. Bóg pod tym względem jest dla każdego bytu bazą energii i pochodzącej od niej materii.

 

Skoro pojęcie energii jest pojęciem pierwotnym, to dokładnie zdefiniować i zmierzyć można tylko jej konkretne formy (energię potencjalną, cieplną czy elektryczną). Prowadzi to do stwierdzenia, że energia bez przymiotnika jest tożsama z praenergią pochodzącą od Stwórcy, stanowiącą podstawowy atrybut Jego Strony Fizycznej.

 

Na poziomie pierwotnej energii pozostaje też tzw. ciemna energia niezwiązana z żadnym obiektem materialnego wszechświata, ale istniejąca w przestrzeni kosmicznej. To wciąż jest prawdopodobnie ten „niezagospodarowany budulec” pozostający do dyspozycji rozszerzającego wszechświat Stwórcy. Do tej kategorii można dodać jeszcze pewien rodzaj materii będącej wstępnie przygotowanym „budulcem”, czyli tak zwaną ciemną materię. Choć wyłoniła się ona z tej samej praenergii, z której powstały znane nam cząstki elementarne, to nie jest ona jeszcze wykorzystana w sposób widzialny dla nas, tak jak to ma miejsce w przypadku wszystkich innych form materii.

 

Reasumując, Stwórca wciąż przekształca praenergię w znaną nam materię. Czyni to zgodnie z zasadami i prawami tkwiącymi w Nim Samym, a postrzeganymi przez nas jako szeroko pojęte prawa fizyki. Równanie Einsteina (E=mc²) pokazuje, jak gigantyczna porcja energii jest potrzebna, aby powstała porcja masy określana jako materia. Takiemu zadaniu jest w stanie sprostać jedynie Sprawczy Byt Pierwoistny. To z kolei uświadamia nam ogrom Jego możliwości w porównaniu z całym wszechstworzeniem.

 

Praenergia od Boga powinna być, tak jak On, nieskończona, czyli niewyczerpalna. Dzięki tej jej właściwości mógł powstać wielki wszechświat, który jest w stanie wciąż się rozszerzać. Zatem materii we wszechświecie może wciąż przybywać, a paradoksem jest to, że Bogu nie ubywa praenergii. Do sprawdzenia tego nie może nam pomóc klasyczna fizyka newtonowska, choć w pewnym stopniu możemy liczyć na fizykę kwantową. Na razie, według obecnego poziomu wiedzy naukowej, Bóg jest jedynym „producentem” materii z energii i to na kosmiczną skalę. Oczywiście w skali fizyki kwantowej też mamy tego samego Twórcę.

 

Z takiej właśnie energii tworzą się cząstki elementarne, które już mogą mieć swoją masę, z nich powstają atomy, następnie cząsteczki związków chemicznych i tak dalej. Właśnie taki jest początek roli Boga jako Stwórcy. Tymczasem człowiek jako konsument posiada możliwość spożytkowania produktów od Stwórcy, choć najczęściej również dokłada swoje zdolności twórcze w dalszym procesie rozwoju i postępu. Na przykład, wykorzystując materię i energię, które zastał na Ziemi, człowiek potrafi przekształcać je w inne formy energii i materii, a zatem sam staje się budowniczym nowych jakości we wszechświecie. Można też dojść do wniosku, że tworzenie nowych, różnych struktur w przyrodzie, nowych rzeczy czy bytów przez istotę ludzką sprawia Bogu taką samą radość, jakby to On Sam był ich autorem.

 

Myślę, że naukowcy wyjaśnią nam kiedyś dokładnie cały mechanizm stwórczy. Świadczy o tym cały szereg odkryć naukowych, na przykład poznanie tzw. boskiej cząstki, czyli bozonu Higgsa, a także różnych wersji kwarków.

Ostatnie odkrycia wzmocniły przekonanie większości naukowców, że wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu. Nie chodzi tu o typową eksplozję, ale o gwałtowną przemianę energii w materię. Oznacza to, że istniejąca od zawsze źródłowa energia przekształciła się w ciągu niesłychanie krótkiego czasu w fundamentalne cząstki elementarne, takie jak wspomniany już bozon Higgsa. Powstało wówczas coś na kształt „karuzeli” cząstek elementarnych, które w przestrzeni kosmicznej zaczęły się łączyć, tworząc najprostsze atomy, to znaczy atomy wodoru. Ich wzajemne oddziaływanie legło u podstaw zaistnienia materii w kosmosie. Potem powstały molekuły związków chemicznych stanowiących właściwy budulec materialnego wszechświata. Takie rozumowanie może pomóc naukowcom zrozumieć fakt powstania wszechświata z Bożej praenergii przekształcającej się w pramaterię. Mogę tylko dodać, że w przypadku zaistnienia Wielkiego Wybuchu coś lub ktoś musiał go zapoczątkować, czyli w sposób faktyczny spowodować „zapłon” lub „wywołać iskrę”, co zwykle prowadzi do właściwego wybuchu. Można tu dodać uwagę w żartobliwej formie, że jego zapoczątkowanie wymagało „wyciągnięcia” Wielkiej Zawleczki.

 

To, co było przed Wielkim Wybuchem, znajduje się poza czasem i przestrzenią. Tak samo jest ze Stwórcą wszechświata. Jeśli to On stworzył wszechświat, to musiał to zrobić jakby zza osobliwej „kurtyny”, mogącej być w naszym rozumieniu Wielkim Wybuchem, to znaczy przejściem od pierwoistnej praenergii do materii. Samego Boga, jak i stanu istniejącego przed Wielkim Wybuchem, nie można zidentyfikować za pomocą naszych zmysłów działających w liniowym przepływie czasu i w przestrzeni trójwymiarowej. Z „ludzkiej” strony traktujemy ten „kosmiczny początek” jak granicę między światem poza czasem i przestrzenią a światem fizycznym. Tymczasem z punktu widzenia Stwórcy to zjawisko mogło „wyglądać” zupełnie inaczej. Tego się jednak na razie nie dowiemy.

 

Z ziemskiego punktu widzenia powstanie wszechświata może wyglądać jak stworzenie go z niczego. Wielki Wybuch też to sugeruje, skoro nikt nie wie, jaka była jego geneza. Choć mógł on nastąpić, to nauka nie może nawet zadać pytania, co było przed nim, to znaczy, czy było tam „coś”, czy „nic”. Jest tak dlatego, że nie ma ona do tego odpowiednich narzędzi, podobnie jak w przypadku prób zidentyfikowania Boga.

 

Warto też dodać, że Wielki Wybuch oraz dalsze tworzenie się wszechświata przebiegało według istniejących i dających się określić praw oraz miało dość usystematyzowany proces rozwoju. Ten fakt sugeruje istnienie superinteligentnego źródła kierującego procesami wprowadzania praw astrofizyki, fizyki newtonowskiej i fizyki kwantowej. Teoria o przypadkowych splotach wydarzeń zdaje się być mało przekonująca. Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że powstanie wszechświata było łańcuchem niekontrolowanych zbiegów okoliczności.

 

Każdy wybuch wywołuje proces rozprzestrzeniania się jego skutków zapoczątkowany przez źródło eksplozji. Jego fala rozchodzi się we wszystkie strony, często znacząco lub nawet nieodwracalnie przeobrażając otaczającą przestrzeń. Toteż zgadzam się z faktem, że po Wielkim Wybuchu wszechświat stale się rozszerza. Jest to logiczne również w przypadku, gdyby utożsamić jego początek z pierwszym aktem stwórczego dzieła Boga. Usystematyzowany, zgodny z prawami fizyki rozwój wszechświata, będący wciąż trwającym procesem, wskazuje na inteligentne prawa i zasady stojące za tym postępem. Stwórca, zapoczątkowawszy Swoje Dzieło, jest nadal aktywny, przyczyniając się do stałego rozszerzania się kosmosu. Równocześnie przyroda ciągle się rozszerza i pomnaża. Rozwijają się też ludzie i ich cywilizacja. Można zatem pokusić się o zbudowanie hipotezy, że Wielki Wybuch był zalążkiem powstania nieustannie rozwijającego się wszechświata przy pełnym udziale Stwórcy, który wniósł w ten prapoczątek Swoją doskonale przygotowaną Wizję wszechstworzenia. Ta Wizja wypełnia każdą najdrobniejszą elementarną cząstkę materii, każdy byt, stworzenie czy istotę, działając w wymiarze nieskończoności.

 

W idealnym świecie (tylko taki świat zna Stwórca) ludzkość miała o wiele skuteczniej rozwijać naukę, a także rozmnażać się dużo szybciej niż w obecnej cywilizacji. Być może jej liczba miała się podwajać co kilkadziesiąt lat. To dałoby miliardy nowych mieszkańców wszechświata, którzy stopniowo mogliby zasiedlać kolejne planety istniejące w naszej galaktyce. Jednak tu kończy się praktyczny sens tej ograniczonej, a właściwie „ziemio-centrycznej” wizji. Ludzkie ciało jest bardzo delikatne i żyje stosunkowo krótko. Pojawia się bowiem techniczny problem transportu człowieka w odległe miejsca w kosmosie, gdyby zechciał się tam fizycznie znaleźć. Czy przy ograniczonym czasie życia człowieka odległości liczone w milionach lat świetlnych są możliwe do pokonania nawet przy największych osiągnięciach nauki i techniki? Raczej nie. A zatem musi istnieć jeszcze inne rozwiązanie. Moim zdaniem trzeba wziąć pod uwagę „Boską” koncepcję rozwoju wszechświata, którą Stwórca przyjął wobec ludzi. Jeden jej aspekt omówię poniżej, a drugi przedstawię w rozdziale o świecie duchowym.

 

Z punktu widzenia nauki zawsze istnieje teoretyczna szansa na pojawienie się życia gdzieś w kosmosie. Wszechświat składa się z milionów galaktyk, między innymi takich jak nasza Droga Mleczna. W każdej galaktyce istnieją miliony gwiazd, takich na przykład jak Słońce. Wokół tych gwiazd mogą krążyć liczne planety, tak jak to ma miejsce w Układzie Słonecznym. Mamy zatem miliony możliwości zaistnienia podobnej do Ziemi planety. Musi ona być tylko w odpowiedniej odległości od głównej gwiazdy, nie tak blisko jak Merkury czy Wenus i nie za daleko, tak jak na przykład Mars czy Jowisz. Ta odległość jest związana z możliwością wytworzenia się optymalnej temperatury potrzebnej do obecności wody w stanie ciekłym, a więc do rozwoju życia, tak jak to ma miejsce na naszej planecie. Oczywiście musi być wokół niej atmosfera zawierająca tlen, a niezawierająca gazów trujących.

 

Pozostaje pytanie, czy te korzystne dla życia ludzkiego planety czekają wciąż puste na zasiedlenie. A może Stwórca zainicjował również na nich cywilizacje podobne do naszej? Nie można tego wykluczyć, a wręcz wydaje się to logiczne. Trudno bowiem uwierzyć, że ogromny kosmos o tak nieograniczonych możliwościach miałby czekać niezamieszkały tylko po to, aby kiedyś, za miliony lat, przyjąć jakąś część naszej jedynej, maleńkiej i zagubionej w kosmosie cywilizacji. Logicznie sądząc, byłoby to niesłychane marnotrawstwo przestrzeni i zasobów wszechświata. Na marginesie warto zaznaczyć, że skoro cały wszechświat wyłonił się z Jednego Boga, to mieszkańcy takich podobnych do Ziemi planet powinni być tacy sami jak my.

 

Obecnie nauka wciąż koryguje nasze poglądy na powstanie wszechświata. W konkurencji z religią to nauka wychodzi zwycięsko wszędzie tam, gdzie jest możliwość fizycznego przeprowadzenia badań i doświadczeń oraz tam, gdzie religia niepotrzebnie próbuje wyjaśniać tajemnice wszechświata za pomocą cudów i objawień. Niestety nauka nie może udowodnić istnienia Boga, skoro jest On poza zasięgiem jej instrumentów. Z drugiej strony nie może też, z tych samych powodów, udowodnić, że Boga nie ma. Te dwie dziedziny powinny z czasem zbliżyć się do siebie, ale niech na razie obie rozwijają się równolegle i wspierają się nawzajem.

W jaki zatem sposób nauka wsparła ostatnio religię?

Mianowicie tym, że spostrzegła konieczność istnienia tak zwanego obserwatora.

 

Najpierw, przy pojawieniu się zasady antropicznej, która sugeruje niezwykły i precyzyjny ład we wszechświecie, astrofizycy zauważyli, że tylko człowiek jest zdolny do oceny zjawisk w makroskali. W makrofizyce ten obserwator, czyli człowiek, obywatel wszechświata, musi ocenić unikalność struktur wszechrzeczy, które przy nawet najmniejszym odejściu od stabilności praw i zasad w kosmosie nigdy by nie zaistniały. Oznacza to niejako konieczność naszego istnienia, czyli fakt, że jesteśmy niezbędni we wszechświecie. Można to zatem zrozumieć w ten sposób, że cały wszechświat jest dla nas, a bez nas nie miałby możliwości zaistnieć. Na dzisiejsze czasy ten wniosek jest jeszcze zbyt szokujący. Jednakże zasada antropiczna brana jest już pod uwagę, podobnie jak teza o Wielkim Wybuchu, za którym może stać Stwórca.

 

Również pewna konieczność obecności obserwatora pojawiła się w fizyce kwantowej przy ocenie, czy nieskończenie małe porcje materii lub energii mają jeszcze strukturę korpuskularną lub falową. Tłumacząc prościej, chodzi o to, czy są one jeszcze energią, czy już tylko materią, albo na odwrót. Ten dualizm lub nieoznaczoność pojawia się z powodu zastosowania przez obserwatora narzędzi badawczych. Wówczas przy współudziale człowieka rozstrzyga się struktura tych bytów. To sugeruje konieczność istnienia ludzi, którzy wpływają nie tylko na ustalone zjawiska fizyczne, ale również uczestniczą w aktywnym rozstrzyganiu przebiegu nowych zjawisk, szczególnie w mikrofizyce. Może to również sugerować odpowiedź na pytanie, dlaczego zaistniał człowiek i dlaczego powinien istnieć Główny Obserwator wszechświata, czyli jego Stwórca.

 

W tym opracowaniu założyłem sobie istnienie Boga pod każdym względem idealnego, wiecznego i absolutnego, to znaczy niezależnego od niczego, ani od czasu, ani od przestrzeni. Właściwie na obecnym poziomie rozwoju ludzkości inna koncepcja Stwórcy nie ma już racji bytu. Sens posiada tylko Bóg idealny, wieczny, absolutny, a równocześnie doskonale dobry. Nie można więc wymyślić sobie kogoś lub czegoś, co jest od Niego doskonalsze, bardziej wieczne czy bardziej idealne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczność w człowieku  -  ISTOTA.ORG